Duża część osób czytających nasze wpisy i artykuły, widząc przymiotnik “zadrużny”, automatycznie łączy nasze idee z “Zadrugą” Jana Stoigniewa Stachniuka, między- i powojennego myśliciela, którego publikacje stały się podwaliną pod współczesną neopogańską myśl nacjonalistyczną. Jest to tylko część prawdy, bo o ile szanujemy dorobek Stoigniewa i pod wieloma względami podzielamy jego wizją świata, to jako Neonowe Słowianowierstwo staramy się iść własną, niezależną ścieżką i na podstawie autorskich przemyśleń współtworzyć rodzimowierstwo XXI wieku.
Kontekst, w jakim używamy przymiotnika “zadrużny” jest szerszy i wykracza poza ideologię Stachniuka. Pierwotnie termin oznaczał wspólnotę rodową u Słowian południowych, której podstawą były więzy krwi (pokrewieństwo) u osób wchodzących w jej skład, gdzie ciało zarządcze stanowiła rada starszych na czele z naczelnikiem. Decyzje podejmowano na wspólnych wiecach, w których udział brać mogli wszyscy dorośli mężczyźni. Jak nietrudno się domyślić, mówiąc “etos zadrużny”, mamy na myśli ducha słowiańskich związków rodowo-plemiennych. Chodzi przede wszystkim o słowiańskie wartości wspólnotowe, wybór pokrewieństwa jako wyznacznika przynależności, równość i braterstwo w obrębie gromady z funkcją naczelnika jako duchowego i faktycznego przywódcy etc.
Uważamy, że dawny system plemienny jest olbrzymią kopalnią wiedzy, jeśli chodzi o światopogląd wyznawany przez naszych Przodków. W prawie zwyczajowym, tradycjach i najdawniejszych instytucjach wyziera ku nam, współczesnym, starodawny duch słowiański, którym jako rodzimowiercy powinniśmy się głęboko inspirować. Rzecz jasna nikt z nas nie oczekuje, że w bliższej lub dalszej przyszłości system plemienny wraz z jego instytucjami zostanie odtworzony. Tamte czasy już odeszły. Chodzi o wyciągnięcie z popiołów tego, co ponadczasowe i ahistoryczne.
Globaliści od długiego czasu starają się wypłukać z nas wszelkie wartości wspólnotowe i zniesławić gromadność. “Nic ponad jednostkę, nic ponad wolne elektrony. Wszyscy jesteśmy nomadami.” - zdają się krzyczeć korporacje i światowe rządy. Etos zadrużny jest lekiem na atomizację społeczeństwa. Ujmuje rzeczywistość inaczej. Daje ludziom zdolność dostrzegania nie tylko pojedynczych drzew, ale i całych lasów. Ukazuje zbiorowości ludzkie nie jako masy lub bezmyślne tłumy, ale jako żywe ekosystemy. Te ekosystemy nazywamy narodami.
Każda część ekosystemu jest równie ważna. Zarówno bez liści, jak i korzeni, roślina umiera. Żywa wspólnota potrzebuje zarówno robotników, jak i wojowników czy kapłanów, bo wszyscy pracują na wspólne przetrwanie, chociaż różnią się między sobą zdolnościami. Najpełniejszym tego wyrazem jest hipoteza trzech funkcji G. Dumézila, która opisuje współzależności w indoeuropejskich społeczeństwach, a której alegoryczny opis znajdziemy na Idolu ze Zbrucza. Solidaryzm wewnątrzwspólnotowy dawnych zadrug (zarówno ekonomiczny, jak i społeczny) jest ważnym sygnałem dla nas, współczesnych rodzimowierców. Mówi o tym, w jaki sposób dawni Słowianie traktowali swoich współplemieńców i jakimi wartościami się kierowali.
Solidaryzm społeczny nie jest równoznaczny z ekonomicznym socjalizmem, czyli gospodarką centralnie planowaną i państwem opiekuńczym. Nie jest też kapitalizmem, egoistycznym dbaniem o własny interes finansowy i sprowadzaniem wszystkich zjawisk społecznych do procesów ekonomicznych (tj. ekonomizmem). W praktyce, zadrużny solidaryzm można potraktować jako unikalne dla przedchrześcijańskich Słowian podejście do gospodarności, charakteryzujące się poczuciem odpowiedzialności za dobro wspólne, faworyzowaniem współplemieńców i silnym naciskiem na samorządność. Dzięki odpowiedniemu i dobrowolnemu skoncentrowaniu wysiłków całej społeczności na wspólnych celach, dochodziło do synergii.
Przenosząc to co zostało napisane na współczesny grunt, warto zastanowić się nad gospodarką, która będzie związana z rodziną (krwią) i ojcowizną (ziemią), bez metropolitarnego centralizmu. Takimi jednostkami są przykładowo współczesne gminy, czyli wspólnoty o charakterze lokalnym, samodzielnym i samorządnym. Uważamy, że rodzimowierstwo powinno zostać wzbogacone o społeczno-gospodarcze postulaty decentralizacyjne i regionalistyczne. Typowe przykłady ekonomii politycznej jak kapitalizm, socjalizm czy korporacjonizm nie przetrwały ducha czasu. Warto położyć większy nacisk na promowanie lokalizmu i samorządności przez nas, nowoczesnych rodzimowierców.
Jaki model państwa stanowiłby najpełniejszy wyraz etosu zadrużnego? Jak można wywnioskować: model federacji małych ojczyzn w postaci niewielkich gmin, złożonych ze wspólnot naturalnych (czyli osób znających się osobiście i zamieszkujących wspólny teren). Państwo narodowe w tej wizji stanowiłoby federację neoplemion zarządzanych oddolnie. Jedną z teorii politycznych pasujących do opisu jest syndykalizm, czyli ustrój polityczny stawiający na “ludowładztwo” i samorządność. Szanse na przebudowę państwa polskiego w duchu syndykalistycznym w dzisiejszych czasach to zupełnie inny temat i nie będziemy się w tym miejscu nad nim zastanawiać.
W systemie zadrużnym podstawową komórką społeczną była rodzina i szerzej - ród. Swaćba poza łączeniem kochanków w parę łączyła również ich rody, które od tego momentu stanowiły jedność. Parę młodą stanowili kobieta i mężczyzna, a owocem ich miłości było potomstwo, będące przedłużenie rodu, gwarantujące mu nieśmiertelność i trwanie. Wiemy przez to, że tylko takie zaślubiny mają magiczną moc łączenia rodów, scalając zmarłych, żywych i jeszcze nienarodzonych w jedną, nadrzędną wspólnotę. W czasie swaćby, duchy Przodków z obu domów uwspólniają swój los, ponieważ dzięki wędrówce dusz mogą wrócić do świata żywych, wcielając się w niemowlę. Przez to wyczekują pojawienia się potomstwa równie mocno, co para młoda. Tradycyjny model rodziny jest pomostem pomiędzy zmarłymi, a jeszcze nienarodzonymi, pomiędzy przeszłością i przyszłością, wewnątrz którego zachodzą cykle kolejnych reinkarnacji. Przez to ród i rodzina są dla nas święte i nietykalne. Swaćbę traktujemy jako magiczny obrzęd łączenia kobiety i mężczyzny w system, wewnątrz którego cyrkulują dusze Przodków. Takie podejście wyklucza chociażby tworzenie specjalnych obrzędów dla związków jednopłciowych, ponieważ nie są one w stanie wydać na świat potomstwa i współuczestniczyć w powrocie dusz do świata żywych. Bogiem czuwającym nad procesem wędrówki dusz i opiekunem wspólnoty krewniaczej jest Rod, patron metempsychozy. Dzięki niemu każdy z nas ma szansę powrócić z zaświatów w kolejnym życiu, wcielając się w swego potomka. To oznacza, że nasza praca na rzecz przyszłych pokoleń jest równocześnie pracą wykonywaną dla nas samych, ponieważ kiedyś tu wrócimy. Chcemy, aby było do czego powracać.
Patrząc z ściśle duchowego punktu widzenia, nie ma czegoś takiego jak rodzimowierstwo apolityczne. Wiedzieli o tym nasi Przodkowie, traktując kolektyw, w którym żyli, jak ciało zamieszkałe przez Bogów i duchy Przodków. Świadczą o tym obrzędy odprawiane przed każdym wiecem (nawet wiec sam w sobie nosił znamiona obrzędu), stanice z wizerunkami Bogów niesione przez kapłanów na bitwy, wróżby odprawiane przed podjęciem ważnych decyzji politycznych itd. Nie ma na świecie religii, która byłaby głucha na sprawy społeczne. Piszę o tym, ponieważ niektóre grupy starają się wypromować dogmat apolityczności jako właściwy rodzimowierstwu i zazwyczaj są to osoby o poglądach mniej lub bardziej odbiegających od tych wyznawanych przez naszych Przodków. W ich interesie jest zanegowanie dorobku minionych pokoleń, ponieważ tylko wtedy będą mogli w to miejsce wstawić swoje autorskie wizje świata, już bez konieczności weryfikacji, czy aby nie stoją one w sprzeczności z zasadami rodzimej wiary.
Naszą ambicją nie jest siedzenie po lasach i przekonywanie przekonanych. Uważamy, że rodzimowierstwo powinno wyjść do ludzi i stać się realną siłą oddziałującą na Jawię. Tylko wtedy możliwym się stanie zakończenie cyklu i pełna rewitalizacja świata. Miejmy nadzieję, że doświadczymy tego w którymś z naszych kolejnych wcieleń.
Jarowoj

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz